Filomaci obchodzili Święto Szkoły

W dniu dzisiejszym brać filomacka zebrała się w naszej auli by uczcić dzień Święta Szkoły.

 

„PAMIĘĆ ŻUAWÓW JESZCZE I TERAZ POZOSTAŁA ŻYWĄ U WSZYSTKICH, A MARSZ ŻUAWÓW SŁAWIĄCY ICH DZIELNOŚĆ I MĘSTWO, ŚPIEWANY BYWA PRAWIE NA KAŻDEJ UROCZYSTOŚCI PATRIOTYCZNEJ. „

             Powyższym cytatem rozpoczynają się wspomnienia uczestnika powstania styczniowego Stanisława Grzegorzewskiego wydane w 1903 r. Autor, podobnie jak wielu młodych Polaków, w tym także uczniów naszej szkoły, porzucił naukę i ochotniczo wstąpił w szeregi powstańców. Jego historia dobrze ilustruje motywy i ducha patriotycznie nastawionej młodzieży.

Formacja, do której wstąpił,, nosiła nazwę „żuawów”, słowo to pochodzi z języka francuskiego – takim mianem określano ochotnicze oddziały algierskie. Twórcą pułku był Franciszek Rochebrune, francuski oficer, weteran wojen w Afryce i Chinach. Po zakończeniu kariery wojskowej osiadł w Galicji, gdzie uczył młodzież szlachecką fechtunku i podstaw wiedzy wojskowej. Z jego wychowanków rekrutowali się pierwsi „żuawi śmierci”.

Pułk powstał spontanicznie i liczył ok. 400 żołnierzy. Wyposażenie stanowiły belgijskie karabiny o dużej celności, skórzany pas z ładownicami, tornister na rzeczy osobiste oraz rewolwer lub sztylet. Opis stroju przedstawiał się następująco:
„Naprzód koszula z surowego jedwabiu, za poradą doświadczonych sprawiona, a mająca chronić ciało od niepotrzebnego inwentarza; – i to dobra była rada. Potem zwykłe płócienne ubranie, a na to jeszcze całe ubranie z łosiowej skóry. Teraz przychodziło ubranie żuawskie; więc spodnie czarne sukienne, szerokie, jak do polskiego stroju; czarna kamizelka sukienna z białym krzyżem na niej naszytym, zapinana na gładkie białe metalowe guziki; mundur także z czarnego sukna bez kołnierza – rodzaj surducika z pół-krótkiemi połami, ufałdowanemi z tyłu, jak przy bekieszy, na jeden rząd białych, metalowych guzików zapinany; na szyi szalik wełniany czatilo- biały, na głowie fez czerwony turecki.”

Wiara w powodzenie opierała się na przekonaniu, że: „można iść z gołymi rękoma po moskiewskie karabiny – z karabinami po armaty i wypędzić wrogów z naszej ziemi!”. Wszystkich żołnierzy złożona przysięga zobowiązywała do tego, by z pola walki nie ustąpić, choćby przyszło zapłacić za to życiem. W tej sytuacji gotowość do poświęcenia najlepiej odzwierciedlał sztandar:
„Chorągiew, godło pułku, odpowiadała także temu pomysłowi, a wielka co do rozmiarów, wyrobioną była z czarnej materyi z białym na niej naszytym krzyżem. Chorągiew ta doskonale symbolizowała również charakter epoki ówczesnej – ówczesne usposobienie narodu naszego, który w żałobie, z modlitwą na ustach podjął śmiertelną walkę z potężnym wrogiem.”

Cytowane tu słowa dobrze korespondują z postawą uczniów naszej szkoły, tych którzy zdecydowali się przyłączyć do powstania. Pomimo tego, że powstanie wybuchło w zaborze rosyjskim, odzew był powszechny na ziemiach polskich w tym także na Pomorzu Gdańskim. Udział filomatów chojnickich, zdecydowanych poświęcić wszystko dla ojczyzny odpowiadał potrzebom chwili. Udział ich w walkach niech zilustruje wspomnienie Stanisława Grzegorzewskiego, uczestnika bitwy pod Grochowiskami.

 

Bitwa pod Grochowiskami

„Na szczycie wzgórza, w środku zrębu, pozostała nasza chorągiew rozwiniętą w pełnej paradzie z pół-plutonem rezerwy dla jej obrony – błogosławiąc krzyżem białym własnej drużynie – rażąc z wysoka swymi grobowymi kolorami moskali i wzniecając między nimi postrach śmierci.
Piekielny ogień wówczas moskale na nas wyrzucali: co chwila salwy karabinowe, co parę minut grzmot dział, a kule po kilka jednocześnie świstały koło głowy.
Myśmy ciągle szli naprzód, a straszny to był pochód wśród tego ogłuszającego huku, świstu: wśród tego wycia gradu kul, wśród tej atmosfery dymem i zapachem prochu nasyconej, słysząc krzyk i jęk padających w sąsiedztwie kolegów! Myśmy szli, nie zwracając na nic uwagi, nabijając broń i strzelając. Był to, jednem słowem, straszny pochód, pełen brawury i lekceważenia życia, wśród tak ciężkich warunków dla młodego i nieostrzelanego żołnierza. Ale entuzjazm, idea, ożywiająca nasze szeregi, przeświadczenie o zwycięstwie, pchały naprzód każdego. Szliśmy więc i strzelali, szliśmy i krzyczeli, szliśmy ciągle naprzód na moskali!
Gdy już się zdawało, że jesteśmy u końca zrębu i powinniśmy być nie daleko moskiewskich szeregów, gdy już przygotowywaliśmy się w myśli do ręcznej walki na bagnety – raptem kanonada ustała. Jak się powietrze .oczyściło, zobaczyliśmy moskali – już daleko, jak na gwałt uciekali!”

 

STANISŁAW GRZEGORZEWSKI , WSPOMNIENIA OSOBISTE  Z POWSTANIA 1863 ROKU, LWÓW 1903.