Podhalańskie wspomnienia

No i nadszedł od dawna oczekiwany dzień, czyli 2 czerwca 2019 roku. Silna grupa pod wezwaniem górskiej kozicy ulokowała się na z góry upatrzonych pozycjach w oczekiwaniu na autokar, który pomknął na południe Polski ku wciąż ośnieżonym Tatrom.

Pierwszy dłuższy przystanek wypadł w Częstochowie, gdzie był czas na chwilę modlitwy i refleksji, a także na przechadzkę po murach, na których niegdyś dzielny imć pan Andrzej Kmicic dokonywał niezwykłych czynów, aby obronić to święte dla Polaków miejsce przed zalewającymi kraj Szwedami. Następny punkt programu to malownicze ruiny w Ogrodzieńcu z przerażającą także i dziś „bogato wyposażoną” salą tortur. W Ojcowskim Parku Narodowym przeszliśmy w dół Doliny Prądnika, mijając Bramę Krakowską i schładzając dłonie w Źródełku Miłości, gdzie zabawiliśmy nieco dłużej, gdyż „spragnieni” utworzyli sporą kolejkę. Marsz na orientację pokazał, że można ze sobą rywalizować w przyjaznej i wesołej atmosferze, wzajemnie się dopingując. Na koniec tego bogatego dnia czekała na nas pyszna domowa obiadokolacja w Poroninie u pani Hanusi.

Następny dzień to było prawdziwe wyzwanie i okazja do poznania własnych możliwości. Doliną Kościeliską przeszliśmy do jaskini Raptawickiej, a następnie do jaskini Mylnej. W tej drugiej, aby nie zabłądzić, potrzebowaliśmy latarek czołowych i musieliśmy przeistoczyć się w salamandry, żeby prześlizgiwać się na czterech kończynach przez niskie i ciasne korytarze. Jacy byliśmy dumni, gdy wyszliśmy po drugiej stronie! Na pamiątkę wzięliśmy parę guzów i trochę jaskiniowego błota. Jednak prawdziwa niespodzianka czekała na nas przed wejściem do Wąwozu Kraków, bowiem przywitała nas niedźwiedzica, która postanowiła przyjrzeć się nam bliżej. Uzyskaliśmy pełną akceptację i mogliśmy udać się do Smoczej Jamy, którą zdobyliśmy bez żadnych trudności. Nagrodą za ten wspaniały dzień było pyszne jedzenie w naszej „bazie”.

Dzień trzeci rozpoczął się od dojazdu do Kuźnic, skąd wjechaliśmy na ośnieżony Kasprowy Wierch. Nadziwić i napatrzeć się nie mogliśmy na zwały śniegu, które wciąż zalegały w wielu miejscach. Po drodze do Czarnego Stawu Gąsienicowego odbyła się regularna bitwa na śnieżki! Zupełnie obojętny na nasze zmagania ze śniegiem był samiec kozicy górskiej, który spojrzał na nas z politowaniem i zajął się własnymi sprawami, a my udaliśmy się w drogę powrotną, zastanawiając się, co za smaczności czekają na nas w Poroninie.

Tego dnia mieliśmy zaplanowane przejście do Morskiego Oka. Maszerowaliśmy dzielnie, patrząc w niebo i wróżąc z chmur: „Będzie deszcz czy znowu nam się upiecze?”. I upiekło się. Doszliśmy i wróciliśmy suchą stopą, w doskonałych humorach, zwłaszcza że w perspektywie mieliśmy Krupówki, a dutki tylko czekały, żeby je wydać.

Dzień piąty zapowiadał się imponująco. Najpierw ruszyliśmy do Wierchporońca, stamtąd przeszliśmy na malowniczą Rusinową Polanę. Przez chwilę rozkoszowaliśmy się wspaniałymi widokami, a potem grupa śmiałków ruszyła na szlak zwany Gęsią Szyją. To była iście ekstremalna wyprawa, zważywszy na kąt nachylenia stoku, po którym się wdrapywaliśmy. Ale cóż to dla górskich kozic, ot kolejna wspinaczka. U góry czekała nagroda – cudowna panorama Tatr. W drodze powrotnej odwiedziliśmy Wiktorówki i zeszliśmy do autokaru, który powiózł nas do term chochołowskich. Co za fantastyczna regeneracja już nieco nadwyrężonych mięśni! Pławiliśmy się w basenach siarkowych, jodowych i zewnętrznych, nie mogąc się nacieszyć ciepłą i odprężającą wodą. W drodze powrotnej zagraliśmy w zgaduj-zgadula, co dziś na kolację? No i ziściły się nasze marzenia o naleśnikach! Widok znikających z prędkością światła naleśników – bezcenny J.

7 czerwca pobudka była nieco wcześniej, ponieważ wyjeżdżaliśmy do Krakowa. Wyruszyliśmy po ciepłym i serdecznym pożegnaniu z naszymi przemiłymi gospodarzami. Zwiedzanie tego niezwykłego miasta zaczęliśmy od Barbakanu i Bramy Floriańskiej, po czym przeszliśmy na Stare Miasto, Wzgórze Wawelskie, zobaczyliśmy także Collegium Maius oraz Franciszkańską. Wieczorem czekał nas szlak po podziemiach Rynku Głównego. Niezwykłe to było doświadczenie, cofnęliśmy się do epoki średniowiecza i poznaliśmy życie ówcześnie żyjących krakowian.

Noc spędziliśmy w hostelu, a następnego dnia czekał nas ostatni punkt programu – zwiedzanie kopalni w Bochni. Po zjechaniu windami w formie klatek 70 pięter w dół znaleźliśmy się w sieci korytarzy. Dwoje przewodników zabrało nas na wycieczkę śladami górników, którzy od 1248 roku trudnili się wydobywaniem soli. Połączenie tradycji z nowoczesną technologią dało niezapomniany efekt.

No cóż wycieczka dobiegła końca i nastał czas powrotu. Dzięki naszemu wspaniałemu kierowcy czuliśmy się bezpiecznie i wiedzieliśmy, że wszędzie dojedziemy na czas. Nieoceniona pani kierownik wycieczki – p. Agnieszka Narloch, zawsze z uśmiechem na twarzy, udzielała salomonowych odpowiedzi na najbardziej niezwykłe pytania. Pani Ewelina Oksentowicz – nasz rachmistrz – zawsze miała ten sam wynik – 40, i wciąż nawoływała: „Dołączać!”. O umiarkowane tempo, dostosowane do możliwości każdego, dbała pani Sylwia Sobieszczuk, nawet jeśli któryś z przewodników próbował przyspieszać. Wszystkie niesforne „kurczaczki” do stadka zaganiała pani Gabriela Stępień, a pani Joanna Lietz-Trzcińska dbała o porządek w środkowych rejonach naszej grupki. Niezwykłych też mieliśmy przewodników, o nazwiskach: Nędza, Strączek, Rusek. Każdy z nich wzbogacił naszą wiedzę o górach, góralskich zwyczajach i oscypkach.

Na zakończenie można napisać tylko jedno: „Do zobaczenia za rok!”.